Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Że chce pan jutro odjeżdżać, do dyabła! To jest prostactwo.
— No, nie mogę przecie na wieki tu pozostać, zaśmiałem się. — We wtorek będzie dwa miesiące — —
— Właśnie dlatego! Teraz przyzwyczaiłem się do pana. Gdybyś pan był po godzinie odjechał, wszystko było by mi jedno.
Lecz ja nie ustępowałem. Na Boga, miewał on tu przecie dość często gości, i rozstawał się z nimi. Aż znów zjawią się nowi — —
Wtedy on zaczął: Przedtem, tak przedtem byłby nawet palcem nie ruszył, by mnie dłużej zatrzymywać. Ale teraz, kto teraz przybędzie? Dwu na rok, a co piąty rok jakiś Niemiec! Od czasu jak nie może się patrzeć na tych przeklętych legionistów — —
Ach, miałem go znów. Powiedziałem mu, że zostanę jeszcze ośm dni, jeśli mi opowie, dlaczego — —
Było to dlań znów prostactwem. Co — — prawdziwy, niemiecki poeta handluje towarem, jak kupiec?
Podchwyciłem to, — to surowiec — rzekłem — chłopska owcza wełna. Ale my przędziemy z niej nici i wyrabiamy kobierce.
Spodobało mu się to, zaśmiał się. — Za cenę trzech tygodni sprzedam swą opowieść.
Nauczyłem się targować w Neapolu. Trzy tygodnie za opowieść to niebywale wysoka cena. A prócz tego ja kupuję kota w worku i wcale nie wiem, czy ten cały towar zużytkuję. Dostanę za to najwyżej dwieście marek a jestem tu dwa miesiące i jeszcze mam zostać trzy tygodnie — a przytem nie napisałem jeszcze ani linijki. A moja praca musi być przecież także opłacaną, a więc tak czy tak nie odbiję własnych swoich kosztów, zrujnuję się i — —