Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lazł się nad Jasną Rzeką, to musiałbym odwiedzić Edgarda Widerholda.
— To był pewno Karol Hauser z Mühlhausen.
— Nie, to był Dufresnes.
Stary wetschnął: — Dufresnes, z Auvergne! Wypił tu niejedną flaszkę burgunda.
— Jak i wszyscy inni, nieprawdaż? Dopóki przed ośmiu laty dom zwany: „Le Bungalow de la Légion“ drzwi swych przed legionistami nie zamknął, a pan Edgard Widerhold, le bon papa de la Légion, nowego miejsca dobroczynności w „Edhardhafen“ nie urządził. Była to mała przystań farmy Widerholda, w oddaleniu dwu godzin drogi poniżej nad rzeką. Stary przeinnaczył wszystko, tak dalece, że w miejsce nazwy „Port d’ Edgard“ nazwę „Edgardhafen“ zaprowadził. — Jego zaś dom był od tego czasu zamkniętym dla legionu, chociaż nie jego serce i jego gościnność. Każda przepływająca dżunka legionowa, zatrzymywała się w Edgardhafen, a zarządca przynosił kilka koszów wina na brzeg dla oficerów i żołnierzy. Zawsze obok była wizytówka starego: — Pan Edgard Widerhold żałuje bardzo, że. panów oficerów tym razem przyjąć nie może. Prosi dołączony dar przyjąć życzliwie i pije sam na pomyślność legionu. — I zawsze odpowiadał komendant, że dziękuje za łaskawy dar i że spodziewa się, że gdy powracać będzie, będzie mógł osobiście podziękować ofiarodawcy. Ale nigdy to się nie zdarzyło, drzwi obszernego domu nad Jasną Rzeką znajdował legion zamknięte. Kilka razy przybyli tu oficerowie, starzy przyjaciele, których wesołymi od trunków głosami, bywało, rozbrzmiewały pokoje. Boje prowadzili ich na werandę, stawiali im na stół najlepsze wina — ale stary nigdy się nie pokazał. Ci więc odchodzili z niczem, i powoli legion przyzwyczaił się do tego nowego