Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


słaby jest do tego, zaplątał się oto w gąszcz, nie zdoła iść dalej. Z gościńca już dawno zwiódł go drgający błędny ognik, a własną drogą iść nie zdoła — — gdzieśkolwiek zabrakło by mu czegoś, a nie wiedział by czego. Każdy z nich jest obaloną, nędzną, bezradną deską. Ale znaleźli się, skupili się i utworzyli wielki, dumny okręt; — Vive, vive la Légion! On jest im matką i ojcowizną, honorem i ojczyzną. Słuchaj tylko, jak wrzeszczą: — Vive, vive la Légion!
Dżunka odpływa w dal, w mrok, ku zachodowi, gdzie podwójnym zakrętem Czerwona Rzeka wlewa się do Jasnej. Tam znika ona, wpływa w głąb mgły, daleko w ten kraj fioletowych trucizn. Ale oni nie obawiają się niczego, ci jasnowłosi, brodaci ludzie, ani febry ani dezynteryi, a tem mniej żółtych buntowników; mają przecie dosyć alkoholu i opium i wyśmienite karabinki Lebla — czegoż więcej potrzeba? Czternastu przepadnie z tych piętnastu, ale kto powróci, uzyska nowy kontrakt: ku chwale Legionu, a nie ku chwale Francyi.
— — Edgard Widerhold wszedł na werandę.
— Czy już przepłynęli? — zapytał.
— Kto?
— Legioniści! — Podszedł do poręczy i patrzył na rzekę.
— Chwała Bogu, już odpłynęli. Niech ich dyabli porwą, nie mogę na nich patrzeć.
— Czy tak? zapytałem. Znałem naturalnie tylko na tyle niezwykły stosunek starego do legionu, ile każdy tutejszy, ale chciałem spróbować, czy nie uda mi się dojść do właściwych przyczyn. Dlatego udałem zdziwionego. — Tak? A przecież cały legion marzy o panu! Spotkałem raz kapitana drugiego legionu, który mi jeszcze przed laty w Porquerolles mówił: jeślibym kiedykolwiek zna-