Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie boję się śmierci, nie bałem się jej nigdy. Czy nie umierałem już ze sto razy — by znów powrócić do życia. Ale czyż mogę wiedzieć — że jeśli obecnie żyją — czy nie jest to po raz ostatni?
Inni ludzie umierają — i z nimi razem kończy się wszystko dla nich. Płuca dalej nie oddechają, serce przestaje bić, krew tężeje. Ciało, mięśnie, paznokcie, kości — wszystko niszczeje prędzej, lub później. Ciało moje żyje jednak dalej, krew moja płynie, serce moje bije — — tylko mnie nie ma już. Czyż nie posiadam prawa do śmierci? Do śmierci takiej, jak inni ludzie?
Dlaczego muszę ja, właśnie ja, być ofiarą takiego niesłychanego oszustwa? Nie ma przecie cudów już, a jednak — —

∗                         ∗

— Ta sama struna, bezpośrednio dalej w tym samym wierszu. — Pismo kobiece.
A jednak są cuda i pan o tem dobrze wiesz, panie baronie! Przypominam sobie bowiem, że pan sam jeden cud przeżyłeś, gdy byłeś jeszcze porucznikiem w Karyntyi. Jechałeś konno i oto stało między chatą chłopską a stodołą piękne, duże drzewo śliwkowe. jadasz tak chętnie śliwki, więc powiedziałeś: — Gdyby tak były już dojrzałe! — Szukałeś, lecz nie znalazłeś ani jednej dojrzałej, wszystkie były jeszcze twarde i zielone — — trzeba by czekać jeszcze z jaki miesiąc! Ale gdy następnego dnia tą samą drogą powracałeś śliwki były już dojrzałe.
Czy to nie był cud?
Wprawdzie, masz na to doskonałe wyjaśnienie. Spłonął dom po jednej stronie a stodoła po drugiej; płomienie nie dotknęły drzewa, ale wśród niebywałego gorąca śliwki dojrzały — — przez jedną noc. Tak było, ale czy cud przestaje być’ cudem, chociaż go wyjaśnić można?