Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że nie będę mógł więcej rozumieć pytania. Już ostatnie zdanie było jakby wydechem szeptane.
„Mam nadzieję. — Będą oczekiwał — na ciebie — jeżeli mogę — potem muszę — do ziemi —
„Dokąd? Do jakiej ziemi? — o mało co nie upadłem na Lapondera. — Do jakiej ziemi? Do jakiej ziemi?
„Do ziemi Gad — na południe — do Palestyny.
Głos zamarł.
Sto pytań huczało mi kołowrotem w głowie. Dla czego on zowie mię Henochem? Zwak, Jaromir, zegarek, Vrieslander, Angelina, Charousek?
„Żyj szczęśliwie i często o mnie wspominaj“ nagle zabrzmiało znowu głośno i wyraźnie z ust mordercy. Teraz głos miał ton Charouska, ale tak podobny, jakby to on mówił sam.
Przypomniałem sobie: był to dosłownie ostatnie zdanie z listu Charouska.
Twarz Lapondera leżała już w ciemności. Światło księżyca padało na skraj głów siennika. Za kwadrans zniknie zupełnie z celi.
Stawiałem pytanie za pytaniem, ale nie otrzymałem już żadnej odpowiedzi: morderca leżał nieruchomy, jak trup, a powieki miał zamknięte.

Robiłem sobie ostre wyrzuty, że przez tyle dni widziałem w Laponderze tylko mordercę, nigdy zaś człowieka.
Sądząc z tego, com właśnie przeżył, był to oczywiście lunatyk, somnambul — istota, która się znajduje pod wpływem pełni księżyca.
Być może swe zabójstwo na tle płciowem popełnił on w stanie zamroczenia ducha. Niewątpliwie. — Teraz, gdy ranek zaczynał szarzeć, opadła sztywna nieruchomość z jego twarzy, na jej miejscu zaś czytałeś wyraz błogosławionego pokoju.
Tak spokojnie przecie drzemać nie może czło-