Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nem szczęściu, żeśmy się w końcu znowu znaleźli i nigdy się już nie rozłączymy. Mówiła pospiesznie, bez odpoczynku, jak ktoś, co się lęka, że mu przerwą i chce wyzyskać każdą minutę.
Potem głos się zatrzymał — na chwilę zagasł całkowicie.
„Mirjam? zapytałem, drżąc z trwogi i z zapartym oddechem. „Mirjam, czyś ty umarła?
Długo żadnej odpowiedzi. Potem prawie niezrozumiale:
„Nie. — Żyję. — Śpię. —
Nic więcej. — Nasłuchiwałem. — Bez rezultatu. — Nic więcej.
Byłem tak oszołomiony — i drżałem ze wzruszenia, że musiałem się oprzeć o kant pryczy, aby nie upaść na Lapondera.
Złudzenie stało się tak całkowite, że, zdawało mi się przez chwilę, jakoby istotnie Mirjam tu leżała — i całej siły ducha musiałem użyć, aby nie złożyć pocałunku na ustach mordercy.
„Henoch, Henoch! — usłyszałem nagle bełkotanie, a potem dźwięki coraz wyraźniejsze, członkowane: Henoch, Henoch!
Poznałem natychmiast głos Hillela.
„Czy to ty, Hillel?
Milczenie. Przypomniałem sobie, — żem czytał kiedyś, iż aby z uśpionego wydobyć słowo, nie należy mówić do ucha, ale w kierunku tkanki nerwowej w jamie żołądkowej.
Uczyniłem tak: „Hillel?
„Słyszę ciebie.
„Czy Mirjam jest zdrowa? Czy wiesz o wszystkiem? — pytałem prędko.
„Wiem wszystko. Wiedziałem od dawna, — Nie miej trwogi, Henoch, bądź spokojny.
„Czy ty mi przebaczysz, Hillelu?
„Mówię ci, bądź spokojny.
„Czy się prędko zobaczymy? — Lękałem się,