Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odbijały się jak migocąca oliwa na miedzianej twarzy zegara wieżowego i ze smutkiem, rozmyślałem o Mirjam.
Nagle usłyszałem cicho jej głos za sobą.
Natychmiast stałem się czujny, nadzwyczaj czujny — odwróciłem się i nasłuchiwałem. — Minuta czasu przeszła.
Sądziłem już, żem się omylił, ale znów usłyszałem ten głos.
Nie mogłem dokładnie rozumieć słów, ale brzmiało to jakby: „Pytaj mnie! pytaj“.
Był to głos Mirjam.
Chwiejąc się z podniecenia, zeszedłem, jak mogłem najciszej, z deski — i zbliżyłem się do pryczy Lapondera.
Światło księżyca w pełni padało mu na twarz i mogłem wyraźnie dostrzec, że on powieki miał otwarte — i tylko białka oczu były widzialne.
Zesztywniałe mięśnie policzkowe świadczyły, że Laponder leży we śnie kataleptycznym; tylko wargi poruszały się od czasu do czasu.
I powoli zrozumiałem słowa, które z poza zębów jego wychodziły: „Pytaj mnie, pytaj mnie“.
Głos do złudzenia podobny był do głosu Mirjam.
„Mirjam? Mirjam? zawołałem mimowoli, ale natychmiast ton obniżyłem, aby śpiącego nie obudzić.
Czekałem, aż nanowo twarz mu zesztywnieje, i łagodnie powtórzyłem:
„Mirjam? Mirjam?
Cista jego wymówiły, ledwie dosłyszalnie, a jednak wyraźnie: „Tak.
Przyłożyłem ucho do jego warg.
Po chwili usłyszałem głos Mirjam — tak nieomylnie jej głos — szept — że mi zimny dreszcz przebiegł całą skórę.
Piłem słowa tak pożądliwie, żem tylko sens rozumiał — Mówiła o miłości ku mnie i o niewymow-