Strona:Gerhart Hauptmann - A Pippa tańczy.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przed lunetą, kręci ją na statywie i wysuwa ją po kolei w stronę różnych, ciemnych jak noc okien. — Wycie wichru).
DYREKTOR Wściec się można, jak tu u pana ciągle się ma uczucie kajuty okrętowej! podczas burzy na wielkim oceanie!
WANN. A czy to nie wyraża nalepiej położenia, do którego życie nas przystosowało?
DYREKTOR Być może! ale frazesami tego rodzaju nie da się nic zacząć. A mojej niezwykłej troski to nie rozpędza! Lepiejby było, żeby tak przez pańską lunetę można coś zobaczyć! niestety widzę, że to też jest ułudą fałszywej rzeczywistości.
WANN. Przecie noc ciemna, że oko wykol, dyrektorze!
DYREKTOR. Podczas dnia nie potrzebuję przecież czegoś podobnego!
(Odstępuje od lunety, przechadza się tam i napowrót, wreszcie staje przed Wannem).
WANN. A wiec otwarcie: kogo pan Szuka?
DYREKTOR. Jej.
WANN. A zatem zginęła panu?
DYREKTOR. Gonię za nią i znaleźć jej nie mogę! — Dosyć już mam tej głupoty, mistrzu Wannie! wyciągnij cierń, jeśli jesteś takim zwaryowanym konowałem! nie mogę żyć, ani też umrzeć nie mogę. Weź skalpel do ręki i szukaj zatrutego grotu! który gdzieś w ciele siedzi i każdą minuta coraz to głębiej się wtapia. Dosyć mam już trwogi i niepokoju, złych nocy i z/ego apetytu; raczej: wole zostać papieskim śpiewakiem, tylko wyzbyć się choć na minutę tej rozpaczliwej żądzy, która mię trapi.