Strona:Gerhart Hauptmann - A Pippa tańczy.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


DYREKTOR (bębniąc palcami po stole, śmieje się wesoło). Coś nadzwyczajnego, co? W styczniu dwugodzinna jazda przez las, stary nicponiu — to nie w kij dmuchał, co?! — Gotowe już moje pstrągi?
WENDE. Dobra rzecz wymaga dobrej chwili.
DYREKTOR. No, tak, tak; tak! Tylko proszę być przyjemnym! — Czy ja co winien temu, że w tej pół-niemieckiej, a pół-czeskiej, opuszczonej karczmie musisz siedzieć, Wende?
WENDE. To nie, pa nie dyrektorze! Najwyżej, jeśli się będę musiał wynieść!
DYREKTOR. Tylko nie chlap, stary tetryku!
WENDE. Niechno pan wyjrzy przez okno.
DYREKTOR. E, wiem już, stara zapadła, konkurencyjna huta. W najbliższej przyszłości kupią ją na rumowisko. — Ty tylko nie potrzebujesz z tem ciągle wyjeżdżać. — Cóż się tu skarżyć? Źle to panu idzie! przychodzicie tu co dwie, trzy godziny i kupami gromadzicie pieniądze.
WENDE. Jakże długo będzie jeszcze trwało to zamieszanie? Kiedy tu obok, huta dwoma kominami dymiła, to jeszcze był spokojny zarobek — teraz, zeszło się na psy.
DYREKTOR. Iii, krętaczu! patrzno lepiej, żebym wino dostał!
(Wende oddala się wzruszając ramionami. Przy karcianym stole gwar powstaje).
TAGLIAZONI (gwałtownie): No signore! no signore! impossibile! ja położyć pieniądz. No signore! Pan się myli! no; signore...