Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łowej, którą wyrazić mogą tylko typy przesadne. Rozumieją smutny stan duszy, w którym można marzyć o zsiniałych trupach Baudelaire’a, lecz nie chcą uwierzyć w tak wesołego ducha, aby mógł rozkoszować się jowialną gębą majora Bagstocka. Wiedzą, że można dojść do stopnia moralnego przygnębienia, w którym wierzy się w Tintagilesa, lecz nie podejrzewają, że istnieją wyżyny wesołości, gdzie pan Wegg staje się rzeczywistym. Nieprawdopodobieństwa Dickensa wydają się im tem bardziej niemożliwemi do przyjęcia, że przeciwstawiają je nieprawdopodobieństwom Maeterlincka. Dla każdego usposobienia znajdzie się nieprawdopodobieństwo, przykrojone na odpowiednią miarę. Każdy stan duszy przejść może w ekstazę. Wszystkie drogi prowadzą do krainy czarów. Lecz niewielu podąża dziś ulicą Dickensa aż do miejsca, gdzie podmiejskie domki przez swoją śmieszność, stają się poetycznemi. Ludzie nie wiedzą, dokąd zaprowadzić może wesołość; nie wyobrażamy sobie, jak nasi przodkowie, aby dosięgnąć mogła światów nadprzyrodzonych. Dowodzi tego zupełny brak humoru w nadprzyrodzonych wierzeniach ludowych obecnych czasów. Słychać wiele o mądrości nadprzyrodzonego świata, lecz niema w nim humoru, jak dawniej, niema figlarnych bożków i radosnych świętych. W ludowych opowieściach znajdujemy nadprzyrodzonego mędrca — doktora Nikola, lecz nie szukajmy w nich rozkoszy ojców naszych, bajki o człowieku tak głupim, że stał