Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zumienia. Drażni nas nadmiar tego, czego brak odczuwamy. Chcielibyśmy te wylewy zahamować, gdyż odnosimy się z matematyczną ścisłością do spraw, które są nam doskonale obojętne. Wyśledzimy odrazu przesadę na wystawie mormońskiej, lub w patrjotycznej mowie Paragwajczyka. Żądamy powściągliwości w sprawie węża morskiego. Lecz z chwilą gdy w coś uwierzymy, chętnie zaczynamy ową rzecz przeceniać, a w miarę tego, jak nasze dusze przenika powaga, słowa ogarnia szał. Niektórzy moderniści w ten sposób właśnie odnoszą się do przesady. Pozwalają każdemu autorowi na uwydatnienie np. wątpliwości, gdyż zwątpienie stanowi ich religję, lecz zabraniają wyolbrzymiania dogmatów. W chłodnym chrześcijaniźmie wietrzą już „obłudę“, a oszalały wiatrak pesymizmu zwą „temperamentem“. Wstrząsający opis niemoralności, odtworzony przez moralistę, podają w wątpliwość, nadmieniając, że djabeł nie taki czarny, jak go malują. Lecz jeśli pesymista przesadza obraz smutku, przyjmują bez wahania psychologję rozpaczy i nie przyjdzie im na myśl sprawdzić czy artysta nie użył nazbyt ciemnych kolorów.
Jasnem jest więc, dlaczego nawet zwolennicy przesady nie są zwolennikami Dickensa: wyolbrzymia on pojęcia im obce. Zrozumieliby smutek tak dziwny i głęboki, że dla wyrażenia go, należałoby stworzyć postać nierealną. Lecz nie zrozumieją nigdy radości gwałtownej, nieomal żywio-