Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wej i łagodnej liturgice; coś odpowiadało, wbrew wszelkim dążeniom epoki, najlepszem jego uczuciom: męskiemu zamiłowaniu do miłosierdzia pokoju. Kiedyś, w porywie złości na polityczną głupotę kościoła, (która zaiste jest wielka), opuścił go na tydzień czy dwa, i uczęszczał do unitarjańskiej kaplicy; po paru tygodniach powrócił. Ów dziwny sentymentalny wpływ kościoła anglikańskiego wzrastał z latami. W książce, nad którą pracował kiedy go śmierć zabrała, opisuje księdza, pokornego, rycerskiego, o łagodnem sercu, który odpiera z oburzeniem i prostotą banalnie bogobojne i puste frazesy wygłaszane przez obłudnego dysydenckiego filantropa. Dickens trzyma stronę kanonika Crisparkle‘a a wyśmiewa pana Honeythundera. Prawie każdy z jego przyjaciół radykałów, byłby podtrzymywał pana Honeythundera a wyśmiewał kanonika Crisparkle‘a.
Chodziło mi o wyjaśnienie tej sprawy z pewnego określonego powodu. Powracamy tu znowu do pozornej sprzeczności czy dwulicowości Dickensa, o której nadmieniłem już w różnych okolicznościach, i która — w takiej lub innej postaci — stanowi oś jego charakteru. Mam na myśli połączenie prawie obłędnej fantastyczności z pewnego rodzaju utajoną powściągliwością, dochodzącą nieomal do przeciętności. Dickens był mniej więcej taki jakim go opisałem — uczuciowy, pozujący, zdumiewający, trochę dandys,