Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miasta jak Nowy Jork i St. Louis były dokładnie odtworzone w wiekopomnym Elijahu Pogramie. Gdyż te amerykańskie epizody zawierają niedorzeczność więcej niż upajającą: opis młodego człowieka, który wypowiedział o Lwie Angielskim następujące słowa: „Drwię sobie z tego lwa, sam jeden stawię mu czoło“ jest więcej niż dowcipny; albo ten drugi młodzieniec, który powiedział Marcinowi, że skoro twierdzi iż królowa Wiktorja nie mieszka w „Tower“ w Londynie „popełnia błąd dość wśród Anglików rozpowszechniony“. Dickens położył tu palec na nerwie zła, które istniało nie tylko u jego wrogów, lecz i u niego samego. Wielki demokrata przychwycił jedno z niebezpieczeństw demokracji. Wielki optymista stanął przed straszną zmorą optymizmu. Przedewszystkiem szczery Anglik napadł na grzech, który jest nie tylko amerykański, lecz także i angielski. Wieczne uprzejme powtarzanie połowicznie patrjotycznych prawd; wieczne smarowanie samych siebie temże samem stęchłem masłem; a ponad wszystko — zuchwałe zaczepki względem drobnych nieprzyjaciół, lub też gwałtowne wyzywanie bardzo odległych wrogów; tchórzostwo tak zwyczajne i nieświadome, że ubiera się w pióra odwagi — to wszystko jest pokusą dla Anglików zarówno jak dla Amerykanów. „Marcin Chuzzlewit“ jest być może, karykaturą Ameryki. Ameryka jest może karykaturą Anglji. Ale w najpoważniejszym uniwersytecie, w najcichszym dworku wiejskim Anglji, znajduje się zaród