Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Marcina przeciwko niemu, Jego końcowy upadek jest jednem z rzadkich załamań się Dickensa. Nie należało brać Pecksniffa tak poważnie; Pecksniff jest poprostu postacią tak śmieszną, że aż go można lubić. Poco zadawać sobie tyle trudu aby zdemaskować człowieka, któremu dało się przezroczystą maskę? Po co zgromadzać wszystkich bohaterów na świadków prawdziwego oblicza człowieka, w którego nikt nie wierzy? Po co mozolić się i radować z ośmieszenia człowieka, który był na to stworzony aby się z niego śmiano?
Lecz nas obchodzi część „Marcina Chuzzlewita“ dotycząca Ameryki i o niej musimy pamiętać. Ta część nadaje sobie pozory wielkiej satyry, lecz nawet jeśli jest tylko wielką potwarzą jest bezsprzecznie wielką. Poważna książka Dickensa o Ameryce była tylko paszkwilem, może paszkwilem zwietrzałym. W każdym razie wiemy, że Ameryka przeżyje poważne książki tego rodzaju. Lecz jego fantastyczna książka może przeżyć Amerykę. Może przeżyć Amerykę, jak „Rycerze“ przeżyli Ateny. „Marcin Chuzzlewit“ ma zaletę wielkiej satyry; krytyk zapomina czy wizerunek jest podobny do oryginału, ponieważ wizerunek jest o tyle ważniejszy od oryginału. Kogoż obchodzi czy Arystofanes wiernie odtworzył Kleona, który umarł, skoro tak świetnie opisał demagoga, który jest nieśmiertelny. Tak samo być może, w przyszłych wiekach nie będzie nikogo obchodzić, czy dawna cywilizacja zachodu, czy zaginione