Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


byli też dość dzielni, aby zmienić istniejący porządek. Ów wiek „twardy i okrutny“ był mimo wszystko wiekiem reform. Czerniał wprawdzie nad niemi zarys szubienic, ale czarność tę łagodziło nadchodzące świtanie. A świt, na którego tle odcinały się ostro i wyraziście szubienice i wszelkie okrucieństwa dawnych czasów, to rozwijająca się idea wolności, idea rewolucji francuskiej. Filozofja to jasna i radosna, a tylko taka uwydatnić może zło. Optymista bywa lepszym reformatorem niż pesymista. Kto wierzy w doskonałość życia, najwięcej się do zmian w życiu przyczynia. Taka myśl wydaje się paradoksem, lecz proste są tego powody. Pesymistę może zło gniewać, lecz tylko optymistę zło zdumiewa. Reformator musi posiadać dar naiwnego zdumienia, musi się dziwić w sposób gwałtowny i młodzieńczy; nie wystarcza, aby niesprawiedliwość obudzała w nim niepokój, musi ją uważać za niedorzeczność, za anomalję, za stan nadający się raczej do drwin niż do łez.
Skądinąd trudno było pesymistom końca XIX-go wieku wyklinać nawet najczarniejsze przejawy zła, ponieważ nie odcinały się one na tle jednostajnie czarnem. Nic nie było złem, bo wszystko na złe się obracało. Życie w więzieniach było haniebne — jak i życie w każdem innem miejscu. Ognie prześladowań były nikczemne — jak ognie gwiazd. Napotykamy wciąż ten paradoks niezadowolonego zadowolenia. Dr. Johnson zapatruje się zbyt smutno na ludzkość, a zarazem jest zbyt zadowolonym