Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi się przyglądać jeszcze uważniej. Przestał skubać wąsy. Miałem wrażenie, że rzuci się na mnie.
Zachowując zewnętrzny spokój i zimną krew, przyglądałem się postaci leżącego, oraz jurcie. Dopiero wówczas spostrzegłem siedzącego w ciemnym kącie generała Riezuchina. Zamieniliśmy ukłony w milczeniu. Po chwili znowu spojrzałem na barona. Siedział już, spuściwszy głowę na piersi i zamknąwszy oczy; widocznie, myślał nad czemś.
Chwilami mocno tarł ręką czoło i coś szeptał.
Raptem podniósł się i rzekł, patrząc gdzieś powyżej mojej głowy:
— Odejdź! już nie trzeba...
Szybko się obejrzałem.
Ztyłu, tuż za mną stał Wesełowskij z szablą w ręku, wpatrzony zimnemi oczyma w barona, jak w tęczę.
Kapitan opuścił szablę i wyślizgnął się z jurty.
— Śmierć z ręki białego człowieka o rudych włosach stała za mną... — pomyślałem. — Lecz czy odeszła naprawdę?
Baron rozmyślał jeszcze długą chwilę, a później, wyciągnąwszy ku mnie rękę, zaczął szybko mówić, plącząc się w słowach i nie kończąc zdań:
— Proszę mi wybaczyć... Pan powinien zrozumieć... Tylu zdrajców... Uczciwych