Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bardzo starych obrazach świętych. Lecz wszystko to utonęło gdzieś, gdy spojrzałem na ogromne sklepienie czoła ze straszliwą blizną od cięcia szablą. Z głębokich oczodołów połyskiwały stalowe, olbrzymie, okrągłe źrenice jasne, które, jak dzikie zwierzęta z mroku jaskini, śledziły wyraz mej twarzy bacznie, bez zmrużenia powiek. Lewe oko z powodu przekrwienia było jeszcze straszniejsze od prawego.
Poczyniłem te spostrzeżenia w okamgnieniu i zrozumiałem, że mam przed sobą niebezpiecznego człowieka, zdolnego do odruchów natychmiastowych i bezpowrotnych. Niebezpieczeństwo było wyraźne, lecz i obelga, rzucona mi, była również ciężka.
— Proszę usiąść! — szepnął baron głosem syczącym, nie spuszczając ze mnie oczu i skubiąc wąsy.
— Generał pozwolił sobie na zniewagę względem mnie — zacząłem, czując, jak stopniowo wzmaga się we mnie szalony gniew. — Moje imię jest dostatecznie tu znane, ażeby uchronić mnie od przymiotników, wymienionych przez pana. Może pan uczynić nade mną gwałt, jaki mu się podoba, ponieważ przemoc jest po pańskiej stronie, lecz nic nie potrafi mnie zmusić do rozmowy z panem.
Baron nagłym, drapieżnym ruchem spuścił nogi z posłania i, wsparłszy się na łokciu, zaczął