Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


świeciły zimne, nienawiścią pałające oczy. Miał na pasie szablę kozacką i rewolwer bez pochwy. Wszedł do jurty i zameldował mnie.
— Proszę wejść! — rzekł, zjawiając się zpowrotem.
W chwili, gdym miał już dotknąć drzwi jurty, tuż koło progu spostrzegłem kałużę krwi, która jeszcze nie zdążyła wsiąknąć w ziemię.
Coś złowrogiego było w tej niewielkiej czerwonej plamie gęstej, jak gdyby żywej jeszcze krwi...
Zapukałem do drzwi.
— Proszę! — rozległ się wysoki głos tenorowy.
Wszedłem do półciemnej jurty. Na spotkanie moje drapieżnym ruchem skoczył jakiś wysoki oficer, ubrany w jedwabny, jaskrawy „chałat“ mongolski, w przelocie uścisnął mi rękę i, nim zdążyłem przyjrzeć się jego twarzy, padł na niskie posłanie i głosem chrapliwym wykrztusił:
— Proszę mówić, kim pan jest?! Tylko prawdę! Mamy tu tylu prowokatorów i szpiegów...
Baron Ungern (bo był to właśnie ów „straszliwy“ generał!) utkwił we mnie oczy.
Teraz dopiero mogłem mu się przyjrzeć.
Mała głowa na szerokich, kościstych barkach. Powichrzone, złotawe włosy. Cienkie, długie wąsy rude. Wynędzniała, sczerniała od wiatrów i mrozów chuda twarz, jaką można widzieć na