Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niały znaki „swastyki“, oraz pasma jedwabnej tkaniny z mongolskiemi, tybetańskiemi, indyjskiemi i chińskiemi napisami. Za fotelem stał ołtarz z figurą złotego Buddhy, przed którym paliły się dwie świece aromatyczne. Na posadzce leżał miękki, żółty dywan.
Gdy weszliśmy, „Żywy Buddha“ był w małej prywatnej kaplicy, do której nikt nie śmiał wchodzić, oprócz samego Bogdo i pewnego mnicha o wysokiej randze kanpo-gelonga, porządkującego w kaplicy i pomagającego Żywemu Buddzie w jego samotnych modłach.
Sekretarz powiedział nam, że Bogdo od rana był bardzo podniecony i przed południem wszedł sam do kaplicy. Długo słychać było głos Bogdo, lecz po chwili rozległ się jakiś inny, nieznany głos. W kaplicy odbywała się narada pomiędzy „ziemskim Buddhą“ a Buddhą niebieskim. Sekretarze słyszeli wykrzykniki przerażonego czemś Bogdo, jego pełne trwogi pytania i gorący, namiętny szept modlitwy.
Postanowiliśmy czekać na Bogdo. Baron jął opowiadać mi o Dżałchancy-Lamie, że w chwilach, gdy ten kapłan wytęża swój mózg, nad głową dostojnika żółtej wiary zjawia się aureola świetlna, którą zresztą Mongołowie zawsze nad nim widzą. Baron twierdził, że osobiście dwukrotnie spostrzegł świetlne promieniowanie nad głową prezesa ministrów mongolskich.