Strona:Ferdynand Ossendowski - Cień ponurego Wschodu.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


powietrze, przypomniałem sobie krwawe misterja derwiszów, których widziałem w Turcji i na Krymie. „Kapłan“ tymczasem zrzucił bluzę i koszulę i obnażył się do pasa. Smaganie rózgą wzmogło się i stawało się szybszem i silniejszem. Cały grzbiet był pokrzyżowany czerwonemi pręgami, aż nareszcie trysnęła krew i cienkim strumieniem spływała z pleców. Wtedy cały tłum wraz z moim gospodarzem rzucił się do rózeg. Zaczęło się masowe smaganie. Rozległ się swist mocnych i giętkich prętów, ciężki oddech zebranych, jęki. Obecni zaczęli zrywać z siebie ubrania, aby torturowanie doprowadzić do szczytu.
„Kapłan“ zaś, ciągle się smagając prętem, jął się obracać na jednej nodze, kręcić się i skakać. Niektórzy z obecnych zaczęli go naśladować, a po kilku minutach cały tłum zaczął się kotłować, bijąc się wzajemnie prętami, coś bełgocząc i wykrzykując z jękami i tęsknotą w głosie.
Niektórzy wkrótce upadli, upadł także i kapłan, a inni wciąż skakali i obracali się około własnej osi, depcząc po leżących.
Powietrze było przesycone parą, wyziewami spoconego, znużonego ciała, zapachem butów i brudnej bielizny. Ktoś zaczął gasić świece, a gdy pozostała tylko jedna stojąca na ołtarzu, mogłem dojrzeć tylko kupy zwalonych jedno na drugie półnagich ciał męskich i kobiecych, zziajanych, broczących krwią, półmartwych.