Strona:Ferdynand Ossendowski - Cień ponurego Wschodu.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W ogromnej sali panował zmrok, gdyż tylko siedem woskowych grubych świec paliło się w różnych końcach dużej sali. Było duszno i parno, ponieważ nie mniej niż 80 osób — mężczyzn i kobiet dorosłych i zupełnie młodych, prawie podlotków, tłoczyło się tu. W głębi sali stał stół, nakryty białą serwetą. Ujrzałem prawie zupełnie zczerniały od starości święty obraz, dużą kropielnicę i jakąś grubą księgę w drewnianej oprawie. Na stole paliła się tylko jedna świeca.
Przy stole, wyobrażającym ołtarz, stał barczysty chłop o długich, czarnych włosach okolonych na czole wąskim rzemykiem i o starannie utrzymanej brodzie.

Gdy tłum ustawił się równymi szeregami i umilkły odgłosy kroków i szeptów, barczysty chłop przeczytał jakiś starosłowiański tekst z księgi i zaczął czynić na czole i piersiach znaki krzyża, po każdym klękając i schylając się do ziemi. Zauważyłem, że ruchy jego stawały się coraz bardziej gwałtowne i szybkie, i że oczy obecnych z naprężeniem w jakimś obłędzie wpatrywały się w tego „kapłana“. Nareszcie porwał się na równe nogi, i krzyknąwszy: „Módlcie się i czyńcie ofiary“, schwycił z leżącej w kącie sali kupy prętów długą rózgę[1] i zaczął się smagać przez plecy i przez głowę. Gdy rózga kilka razy ze świstem przecięła

  1. Po rosyjsku — „chłyst“ skąd i nazwa sekty.