Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ujrzawszy wpadającego na szeroki dziedziniec jeźdźca ze szlifami, pan Truszkowski, nie wiele myśląc, wygarnął do niego z guldynki, lecz chybił, a gdy zamierzał poprawić, posłyszał głośny okrzyk w łamanej polszczyźnie:
— Kiej czort tam strzela bez nijakiego pytania?! „Dzieło“ jest do pana Truszkowskiego od panny Juljanny...
Posłyszawszy to, wypadł szlachciura, jak opętany, i pytać jął skwapliwie, a niespokojnie:
— Gadaj, asan, na miły Bóg, gadaj zaraz, co się przydarzyło Julci? Może Moskale pochwycili moje kobiety w drodze? Gadaj-że, bo oszaleję!
Lis kłaniał się grzecznie i objaśniał, jak mógł, po polsku, że wspomniał imię panienki, aby do niego niczem do kaczora z guldynki nie strzelano.
Dopiero we dworze opowiedział, że zbiegł z armji rosyjskiej i postanowił przejść do Polaków, którym przywiózł jakoweś tajne pisma od cara do gubernatora wileńskiego.
— A toś chwat! — wołał szlachcic. — Oby więcej takich było, wtedy wygarbujemy skóry moskiewskie na safjan, mosanie!
Uradowany nie wiedział, gdzie posadzić i czem częstować drogiego gościa, którego nazwisko już znane mu było z relacyj córki i pani Romerowej.
Zasmucił się i niebawem spochmurniał młodzieniec; dowiedział się bowiem, że pani Truszkowska wraz z córką dla bezpieczeństwa przed drabantami Chra-