Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ztyłu nikt nie mógł już dojrzeć jeźdźców, przed nimi zaś mknęła ze świstem i wyciem ruchoma mgła śnieżna, przez którą ledwie majaczyły w oddali jakieś czarne sylwetki, ni to wozów, ni to drzew.
Błyskawicznym ruchem kadet porwał Fersena, zdusił i cisnął na śnieg. Zeskoczywszy z konia, zawlókł ogłuszonego oficera do lasu, wyjął z kieszeni listy i zerwał z niego ciepły półkożuszek; owinąwszy rotmistrza swoim płaszczem, chłopak zakneblował mu usta i starannie przywiązał do drzewa.
— Tak! — mruczał przez zęby kadet. — Teraz proś Boga, aby cię ktoś znalazł, bo inaczej zmarzniesz na kość i już nigdy nie ujrzysz „Mzurowej Włości“, ty — carski pachołku! Mówiłeś, że ręka rękę myje? Tyś mi moją wymył, a ja przecież mógłbym zdzielić cię pomiędzy oczy i zrobić z tobą porządek na wieki, a widzisz? — opiekuję się tobą i troskam, abyś mi nie skostniał na amen...
Po chwili barczysty jeździec, przyodziany w ciepły lisi kożuszek, smagał rączego bachmacika dońskiego i pędził co tchu na zachód.
Chyba niktby prędzej od Władysława Lisa nie dojechał... prawda, że nie do Wilna, lecz do Nowogródka, i nie do generała Chrapowickiego, lecz do czcigodnego pana Ksawerego Truszkowskiego, siedzącego, jak borsuk, w swoim leśnym dworku.
Ostrożny pan Ksawery miał rozstawione po drogach czaty, więc został uprzedzony o tem, że jakiś „ruski“ pędzi do dworu co koń wyskoczy.