Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie słyszał tego słowa starzec, trząsł ręką nad siwą głową i rzucał słowa ciężkie, jak głazy:
— Lecz nic z tego! Zrodzona myśl o wolności i prawdzie nie zginie, nie zginie! Żyje ona i krzepnie z dnia na dzień... Nastanie czas, gdy ogłosi swój wyrok, a wtedy powstaną z grobów cienie jej umęczonych bojowników i poprowadzą za sobą szeregi powstańców... W proch padną pałace, korony i berła carów, a nikt nie znajdzie mogił tyranów, bo zginą oni bezsławnie śmiercią ponurą i nikt nawet krzyża nie wzniesie nad kościami ich!
Stary kapitan urwał nagle, wbił blade oczy w wylękłą twarz kadeta i długo milczał.
Po chwili zaczął znowu mówić; głos drżał mu i załamywał się co chwila.
— Gdy nastąpi czas rewolucji pójdę w pierwszym szeregu przeciw carowi, żłopiącemu krew naszą, i skończę z nim porachunki za moją bojową służbę wierną, za rany, za trudy i za poniżenie! No, a teraz biegnij, kadecie, do generała Paszkowa i do tych służalców, nikczemnych, biegnij i donieś im, że były kapitan Głotow wychwalał rewolucjonistów i marzył o wielkim buncie! Biegnij i wyśpiewaj im wszystko. Oni to pochwalają, więc będziesz sowicie wynagrodzony. Nuże, prędzej!
— Panie kapitanie! — z oburzeniem zawołał Lis. — Nie jestem szpiegiem i donosicielem!
— Ach, tak?! — krzyknął, chwytając go za rękę, starzec. — A zatem, młodzieńcze, nie dawaj się usidlić