Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Żołnierz wskazał mu mały budynek, stojący na uboczu.
— Najpierw tam, bracie! — szepnął. — Taki już u nas zwyczaj...
Weszli do ciemnej szopy, gdzie płonęło wielkie ognisko.
— Kuźnia? — ze zdziwieniem spytał Lis.
— A kuźnia! — zaśmiał się żołnierz. — Musimy teraz zdjąć z ciebie kajdany, bo ktoś możny pamięta o tobie, bracie.
Kowal rozpiłował żelazne bransolety, z pod których wyjrzały czarne, ropiące się rany.
— A teraz do łaźni! Naczalstwo carskie nie może ciebie pokazać w brudzie i w łachmanach, okrytych robactwem, jakżeż można? — mruczał szyderczo żołnierz i nagle zaklął ohydnie, wkładając w zgniłe słowa całą nienawiść swoją.
Upłynęła godzina, zanim umytego, ostrzyżonego aresztanta wprowadzono do biura etapowego.
— Oto jest aresztant № 1750, Władysław Lis! — rzekł do kogoś oficer kozacki.
Mała, wiotka postać niawieścia, otulona w lisi kożuszek, w ciepłym kołpaku, rzuciła się do polskiego wygnańca.
— Władeczku! Władeczku! — rozległ się przenikliwy szept. — To ja... Juljanna!
Lis stanął, jak wryty. Patrzył przed siebie i porał się z myślą, że zjawy słodkie ścigają, dręczą ludzi i w dzień i w nocy, zatruwając resztki spokoju ducha.