Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie miał teraz powodu myśleć o losach ojczyzny, bo niczem jej pomóc nie mógł, dźwigając ciężkie kajdany.
O Juljannie wspominał rzewnie, lecz rzadko.
— Umarłem, przepadłem bez wieści, jestem kamykiem, który utonął w morzu bez kresu...
Własny los nie zajmował go.
— Idę i dzwonię żelazem — myślał obojętnie. — Będę szedł, będę dzwonił, aż legnę gdzieś i już nie podniosę się nigdy...
Uśmiechnął się i usiłował już więcej o niczem nie myśleć.
Tak doszedł pewnego pogodnego, mroźnego i słonecznego dnia do Czelaby.
Cały był oszroniony i zziębnięty albowiem mróz srożył się w wąwozach Uralu, szczypał i szarpał zimnym podmuchem wiatru.
Stał przed szopą etapu i przeskakiwał z nogi na nogę, aby rozgrzać stopy, bił się rękami po bokach, brzęcząc żelazem.
Oficer kozacki liczył przybyłych aresztantów i sprawdzał listę etapową, poczem jął wykrzykiwać nazwiska:
— Grzegorzewski Józef!
— Jestem! — odpowiedział któryś z tłumu.
— Mochnacki Ludwik?
— Nie zdechłem jeszcze, psia krew! — mruknął inny aresztant i głośniej odparł: — Jestem!
— Lis Władysław! Ach! Czekają tu na ciebie! — zawołał oficer i kazał żołnierzowi odprowadzić go na etap.