Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go w otchłań, jak wtedy pod Grochowem, gdy ścigał kirasjerów...
Zawirował mu przed oczami cały świat, skrzyżowały się w walce potwornej jakieś promienie ostre i jaskrawe, oddalające się coraz bardziej, bo on sam mknął z zawrotną szybkością w bezdeń otchłani, którą ogarniał i wypełniał po brzegi przerażający, czarny mrok.
Znowu te same ręce niewieście, ciepłe i dobre, ten sam głos słodki, niezmiernie zatroskany, wstrzymały go na krawędzi bezdni.
Ocknął się i przetarł oczy.
W mig przypomniał sobie wszystko i szepnął cicho:
— Juljanno... Miłuję ciebie ponad umiłowanie wszystkiego... Tyś mi radość i szczęście, tyś — zdrowie i ojczyzna, tyś spokój i słońce niegasnące...
— Władeczku... — odpowiedział mu słodki szept.
I chociaż w pokoju, gdzie otaczali go zafrasowani państwo Kobierzyccy, strwożona pani Truszkowska, zapłakana i wylękłe panie Buynowa i Sulimirska, a przez drzwi wyglądała zaciekawiona, pucołowata twarz pachołka Jacka, dłonie młodych ludzi połączyły się porywczo, zwarły się ramiona i usta na ustach zawisły...
Cicho, stąpając na palcach, wysunął się z salonu pan Kobierzycki, a za nim, nie oglądając się, wychodziły bez szmeru starsze i młodsze panie, wzruszone bardzo i uradowane.