Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakiś szmer lekki, ledwie uchwytny dobiegł go.
Jeszcze raz... jeszcze...
Drgnął młody oficer i ręce do bijącego gwałtownie serca przycisnął.
Zaszemrało bowiem jedno tylko słowo, wymawiane szeptem słodkim, a tak głęboko zapadającym do duszy, że słyszał go nieraz w szeleście liści, gdy chadzał na podjazd, i w zgiełku bitwy tak samo wyraźnie, jak w głuchej, ciszy nocnej, niezmąconej żadnym dźwiękiem.
— Władeczku!
On, jakgdyby miał śmierć ujrzeć przed sobą, podniósł głowę i spojrzał przed siebie wzrokiem, pełnym strachu niemal obłędnego i błagania niemego.
Zobaczył wiotką postać niewieścią, w szacie białej i w białym czepku, z pod którego wybijały się pasemka włosów złocistych. Uśmiechały się do niego słodko, lecz rzewnie i lękliwie usta młode, a z oczu niebieskich płynęły łagodne, niepokojem i współczuciem przepojone spojrzenia.
— Władeczku... Biedaku mój! Sieroto najdroższa!
Lis chciał przemówić, lecz wargi odmówiły mu posłuszeństwa.
Usiłował wstać i iść ku tej białej zjawie, umiłowanej, ciągle żywej, acz ukrytej w nieznanych tajnikach jego istoty, nie mógł jednak udźwignąć ciała, więc ręce tylko wyciągnął ku niej, jak tonący, ostatnim wysiłkiem.
Ogarnął go nagle bezwład i przebłysk świadomości strasznej, że jakaś nieznana, wroga potęga ciska