Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pan Kobierzycki, nic już nie mówiąc, podłożył mu pod plecy poduszkę skórzaną i cicho wyszedł z pokoju.
— W samotności łacniej myśli zbierze i uspokoi się biedak — myślał szlachcic i, zajrzawszy do sieni, rzekł do pachołka:
— Skocz-no, Jacek, do szpitala i powiedz pani naszej, że gościa mamy... pana porucznika Władysława Lisa. Tylko śpiesz się i nigdzie nie stawaj po drodze z jadaczką otwartą, bo primo — kawki ci do niej wlecą, secundo — rzemykiem przez grzbiet zdzielę cię własną ręką. Pędź teraz!
Lis, pozostawszy sam, siedział nieruchomy, a czujny zarazem, jakgdyby skupiony w sobie i gotowy do odparcia nagłego napadu.
Czuł, że znowu życie jego zbliża się do kresu, tego nieznanego, dziwnego progu, za którym lada chwila zapadnie zasłona, ukrywająca przed nim wszystko, co już był przeżył, przemyślał i przecierpiał.
Wiedział, że wkrótce zmuszony będzie rozpocząć jakieś nowe życie.
Miał przed niem lęk, bo mogło ono wszakże, jak i minione już okresy, zakończyć się nową klęską i rozpaczą.
Nie czuł się już na siłach ich znieść ponownie lub borykać się z niemi.
Ktoś cicho drzwi otworzył i wszedł.
Lis pochylił głowę i oczy przymknął, jakgdyby oczekiwał, że spadnie nań cios.