Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Truszkowska... powtórzył Lis, jakgdyby nazwisko to z trudem wyłaniało się z pamięci jego.
— No, tak! — wzruszył ramionami szlachcic, coraz bardziej zdumiony. — Cóż to, bracie, zapomniałeś o pani Truszkowskiej z Nowogródka i... o Juljannie...
Lis zbladł straszliwie, oczy mu rozwarły się szeroko, dyszał ciężko i porywczo, a ręce zaciskał z taką siłą, że aż mu stawy chrzęściły. Nie mógł złapać tchu i wykrztusić słowa.
— Napij się zimnego wina, chłopcze! — zawołał zaniepokojony pan Kobierzycki. — To ci ulży! Pij-że! Pij, na rany Chrystusowe, bo jeszcze mi zemdlejesz, albo zgoła rozum postradasz!
Wskoczył i sam do ust oficera począł wlewać zimne wino. Głaskał go przy tem raz po raz po włosach i przemawiał łagodnie:
— No! — No! Dobrze już... Spokojnie... Nie dawaj się, chłopaku miły... Taki wojak... patrzcie-no go... a z sercem rady sobie dać nie może... Chłopcze mój złoty...
Lis, przyciskając się do ramienia pana Kobierzyckiego, milczał, borykając się ze straszliwą niemocą, ogarniającą go.
Zaniepokojony szlachcic zajrzał mu w twarz.
Oficer miał oczy zamknięte, a z pod powiek ciurkiem biegły mu łzy i spływały na szeroką, kopulastą pierś.
Zaciskając szczęki, drżał na całem ciele i tulił się coraz bliżej do obejmującego go przyjaciela.