Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bohaterski, niebywały odwrót! — zawołał pan Kobierzycki. — Kroniki pisać o was będą. — Odżyły dawne, świetne tradycje wojska polskiego... Dlaczego nie pisałeś do Pyszkowa?
Porucznik nic nie odpowiedział. Głowa mu opadła niżej na pierś i westchnął.
— Mów-że! — nalegał gospodarz.
— Poco? — szepnął Lis. — I tak śmierć idzie...
— Hm... — zamruczał szlachcic. — Czy idzie, czy nie idzie, tego nikt wyrozumować nie potrafi...
Umilknął, nie spuszczając oczu z opalonej, zastygłej twarzy młodego oficera. Zdumiał się. Pożegnał go pełnego życia i radości, młodzika jeszcze, a teraz? Siedział przed nim sterany, zgnębiony i struty życiem człowiek dorosły, dojrzały w troskach i bólach.
Strzepnął palcami pan Kobierzycki i, wina dolawszy, rzekł:
— Urobiła cię, ugniotła po swojemu wojenka! No-no! Musisz o wszystkiem szczegółowo i obszernie opowiedzieć, ale poczekajmy, aż wrócą panie ze szpitala, gdzie opiekę nad rannymi roztaczają.
Lis podniósł oczy na mówiącego i spytał:
— To pani Kobierzycka też przybyła do Warszawy i pani Izabella Muszyńska, a może, i babcia? — spytał.
— Nie, babcia pozostała w Pyszkowie, bo starowinka niedomagać zaczęła coraz częściej... Przyjechałem tu z żoną i szwagierką, a za nami pociągnęły do stolicy, gdzie pomoc ofiarna potrzebna jest, panie Sulimirska, Buynowa i Truszkowska z córką...