Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jestem Lis... — mruknął oficer. — Nie znam jednak pana dobro...
— Zapomniałeś Kobierzyckiego? Gościłem cię w Pyszkowie, kiedyś to...
Lis rzucił się do starego przyjaciela, i, wybuchając nagłym szlochem, przytulił się do niego, jakgdyby o ratunek błagając.
— Czekaj no, bracie — mruknął zdziwiony szlachcic, — czekaj!
To mówiąc bacznie przypatrywał się młodzieńcowi i smutnie kiwał głową.
— Patrzcie-no, co to wojna z takiego osiłka uczyniła! — szepnął ze wzruszeniem i, potrząsając głową, dodał:
— Chodź-no, chłopcze, do mojej kwatery!
Ujął go za rękę i pociągnął za sobą.
Dom Kobierzyckich stał niedaleko.
Szlachcic, wprowadziwszy porucznika do salonu, usadowił gościa wygodnie i klasnął w dłonie:
— Podaj no wina! — rzekł do sługi.
Trącając się kubkiem, Kobierzycki pytał Lisa:
— Skądżeś się tu wziął, poruczniku? Gdzież to tak nagle przepadłeś?
Oficer obojętnym głosem wspomniał o udziale swoim i ranie w bitwie grochowskiej, opowiedział o wyprawie na Litwę.
— To znaczy, że z Dembińskim przebiłeś się przez armję rosyjską?! — zawołał gospodarz.
Lis w milczeniu skinął głową.