Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż to, dopiero dziś dowiedzieliście się o tem?! — pytał ich ze śmiechem Lis, lecz śmiech jego nie był wesoły ani szczery.
Kadeci zaczęli dzielić się wrażeniami z dnia ubiegłego i robić uwagi co do powierzchowności i zachowania się cara.
Lis, zamyślony i skupiony, odszedł do okna i stał, patrząc na plac, przez który biegły porwane wiatrem suche liście topoli i brzóz.
Fedorczuk opowiadał coś kolegom, lecz wzrok jego co chwila z tkliwością powracał ku barczystej postaci Lisa. Znał on dobrze swego kolegę i teraz wyczuwał, że w duszy tego wesołego, beztroskiego zwykle osiłka kotłowało się od nawału myśli nieznanych dotąd, sprzecznych, niepokojących, żądających postanowienia niezłomnego. Kto wie, może ta wichura wrażeń i myśli mogła się zerwać nagle i zmienić w burzę, pełną szalonych wybuchów i grozy. Fedorczuk znał dobrze naturę chłopca, naturę śmiałą aż do zuchwalstwa i pełną porywów.
Lis, nie odzywając się do nikogo z towarzyszy, z opuszczoną na piersi głową i zaciśniętemi wargami przeszedł się parę razy po sali. Co chwila tarł sobie czoło i wzdychał.
Wreszcie cicho wysunął się do korytarza i szybkim krokiem poszedł do ogrodu.
Ciemny i zapuszczony, a teraz przysypany brunatnemi, szeleszczącemi liśćmi nagich, smętnych brzóz i topoli, rzadko bywał odwiedzany przez kade-