Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Związać tych drabów! — rzucił rozkaz Lis, patrząc na wystraszonych parobków, usługujących w izbie.
Gdy oficerów wyprowadzono na rynek, Lis ogłosił wyrok.
Wkrótce dwa ciała zawisły na bramie.
W karczmie Lis słuchał uważnie, co opowiadali mu zwolnieni przez partyzantów wysłańcy kapitana Paszkowskiego, powiadamiającego inne partje o oczekiwanem wkroczeniu wojsk polskich w granice Litwy.
— Wielce byłaby pożądana jakaś zuchwała wyprawa w głąb Białej Rusi! — mówił jeden z gońców. — Dałoby to możność generałowi Chłapowskiemu nieznacznie wejść na Litwę i pozbawiłoby moskali ducha, bo i tak już cierpnie na nich skóra. W Petersburgu (mamy o tem wieści!) — popłoch w pałacu. Mikołaj klnie i wali po pyskach generałów i ministrów, że wojna przeciąga się i że, z powodu powstania litewskiego, nie ma żadnych wieści od Dybicza. Z moskalami zaś, panie dobrodzieju, coraz gorzej! Słyszeliśmy, że cholera szerzy się w armji Dybicza i dziesiątkuje ją, a tu tymczasem transporty cudem tylko, lub pod silną eskortą przedrzeć się mogą!
Lis dał przewodnika, gońcom kapitana Paszkowskiego aby ich pod Wilno, gdzie się znajdowali przewódcy najliczniejszych partyj, poprowadził, sam zaś usiadł pod drzewem i namyślał się długo.
Wreszcie skinął na wachmistrza Buterlewicza i rzekł do niego:
— Zamierzam zagon uczynić aż pod Witebsk....