Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A gdzie moskale zamknęli pochwyconych ludzi? — spytał Lis.
— W kancelarji burmistrza....
— Panie Wolski! — zawołał porucznik. — Weźmiesz trzech towarzyszy i odbijesz powstańców. Ten chłopak wskaże panu miejsce!
To rzekłszy, poprowadził swoich ludzi wprost na rynek.
Stanąwszy w wylocie ulicy, oglądał placyk z płonącem na środku ogniskiem.
Przed karczmą tańczyli żołnierze pod dźwięki harmoniki i popijali okowitę, czerpiąc ją manierkami z otwartej beczki, wystawionej na stopniach ganku.
Lis wypalił w tłum z pistoletu. Partyzanci dali salwę, a na nią, jak echo, odpowiedziały strzały od strony mostu.
Powstańcy odrzucili żołnierzy od karczmy, gdzie oparte o ścianę stały karabiny i otoczyli całą gromadę, żądając poddania się.
Lis wbiegł do karczmy.
Przy stole, zastawionym butelkami i półmiskami, ucztowali oficerowie.
Na widok obcego, uzbrojonego człowieka, jeden z oficerów sięgnął po pistolet, leżący na oknie, lecz Lis uprzedził go, wpakowawszy mu kulę w pierś.
— Poddać się! — krzyknął groźnie.
Pijany kapitan Iliczenko z kłaczastą, siwą brodą natychmiast podniósł ręce do góry. Za jego przykładem poszedł młody porucznik.