Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Odejdźmy na stronę, bo mam ważne wieści, Liszko... Możecie skorzystać z nich.
Gdy znaleźli się na uboczu, Fedorczuk spytał:
— Stąd do Dzisny nie będzie dziesięciu wiorst?
— Liczę, że osiem tylko, — odparł Lis.
— Tedy słuchaj! W miasteczku stoi pół kompanji jakichś zatraconych piechurów, którymi dowodzi kapitan Iliczenko, stary, pijany żołdak, okrutny i dziki pies... Ludzie go nienawidzą... Dziś zrana przejął on dwóch gońców i znalazł przy nich listy... Dowództwo polskie postanowiło podtrzymać powstanie na Litwie i wysłało już generałów Chłapowskiego, Giełguda, Rolanda i Dembińskiego.
— Niech będzie błogsławione imię Boże! — zawołał Lis, w porywie radości chwytając towarzysza w ramiona i przyciskając do piersi.
— Puść!... — wyrzęził Fedorczuk. — Puść, bo udusisz, niedźwiedziu jeden!.. Och!.. och!...
— Przyniosłeś mi wieść radosną nad wyraz... — usprawiedliwiał się porucznik. — Teraz rozumiem, co znaczył rozkaz księcia Ogińskiego, abyśmy się zaczaili i czekali... No, teraz pohulamy!
— Słuchaj dalej! — mówił Fedorczuk. — Byłem obecny przy badaniu schwytanych gońców... Iliczenko postanowił oddać ich pod sąd wojenny, któremu sam przewodniczy... Dziś wieczorem zbierze się ów sąd sławetny....
Lis zamyślił się na chwilę, a potem zawołał:
— Ejże! Raczej ja powieszę Iliczenkę!