Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Do jakiego skutku?
— Do granicy Galicji, a tam czmychnę za kordon i — goń wiatru w polu — zaśmiał się Fedorczuk. — Do swoich jednowierców pilno mi, bo tych cuchnących capów mam już powyżej gardła! Ale teraz już prędko!
— Skąd wiesz? — spytał Lis.
— Mam obiecany przydział na Wołyń, a stamtąd hycnę migiem! Dawnobym już to uczynił, lecz tam wasz Dwernicki kaszy nawarzył...
— To generał Dwernicki jest na Wołyniu?! — zawołał Lis.
— Był, bo jak czytałem w relacji Rüdigera przeszedł on granicę austryjacką i złożył broń. Jakżeżby mogło być inaczej?! Djablo mało miał wojska i żadnej łączności z armją polską!
Lis zacisnął szczęki i milczał.
Po chwili odezwał się ponurym głosem:
— Lepiejbyś był nie trafiał w moje ręce... Zatrułeś mi spokój... Dwernicki, mój generał złożył broń!... Boże, Boże Miłosierny, za co pokarałeś nas tak ciężko?!
Lis ukrył twarz w dłoniach i zapłakał.
Uspokoiwszy się, spojrzał ponuro na dawnego towarzysza i mruknął:
— Puszczę cię wolno, Fedorczuk, boś mi oczy otworzył tam — w korpusie... Dam ci glejt, aby inni partyzanci krzywdy ci nie uczynili...
Fedorczuk pochylił się ku Lisowi i szepnął mu do ucha: