Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Poto tylko opowiadam ci o Dziśnie, kapitanie i gońcach! — zaśmiał się Fedorczuk, z chytrą miną mrużąc oczy.
Słońce już zapadać zaczynało, gdy przez las, pełen szkarłatnych i fjoletowych cieni, przekradali się zbrojni ludzie, dążąc obok traktu ku miasteczku.
Doszli tam wtedy, gdy w domach Dzisny zapalały się już ognie.
Niewysoki, barczysty człowiek wyszedł z krzaków na trakt i patrzył na świecące się okna i na krzyże świątyń, połyskujące w zapadającym mroku.
Gwizdnął cicho i koło pięćdziesięciu uzbrojonych partyzantów wyszło na drogę.
— Wachmistrzu, weźcie trzydziestu ludzi i, gdy posłyszycie strzał, uczyńcie napad od strony mostu, a nie zapomnijcie podpalić jakąś szopę aby jaśniej było... — rzekł człowiek o szerokich barach.
— Rozkaz, panie poruczniku! — odpowiedział wachmistrz i jął dobierać sobie ludzi.
Ledwie odszedł, zanurzywszy się znowu w lesie, Lis obejrzał pozostałych przy nim powstańców.
— Czas na nas! — rzekł spokojnym głosem. — Naprzód!
Zbliżyli się wkrótce do parkanów ogrodów podmiejskich.
— Psia krewi — mruknął Lis. — Moskale nie oczekują napadu, bo czat nawet nie wystawili.
— W to nam graj! — odezwał się ktoś z idących ztyłu partyzantów.