Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z nimi! — mruknął do Lisa stary wachmistrz, pan Witold Buterlewicz.
— Można i tak! — zgodził się Lis i rzekł: — A dać — no mi tu oficera.
Wkrótce stawiono przed nim wysokiego, chudego porucznika o szarych, biegających oczach i przybladłej, piegowatej twarzy.
Lis przyglądał się jeńcowi bacznie.
— Kto zacz? — spytał, marszcząc brwi.
— Porucznik Fedorczuk... — wyjąkał oficer.
Przed oczami Lisa przemknęły obrazy z niedawnej przeszłości, gdy życie jego płynęło w murach korpusu.
— Były kadet? zaczął wypytywać Moskala, lecz ten nagle krzyknął radośnie:
— Liszka, czyż to ty?
Dawni koledzy padli sobie w objęcia ku wielkiemu zdumieniu powstańców.
Wyściskawszy Fedorczuka, Lis ochłonął ze wzruszenia i już surowym głosem jął go indagować!
— To przeciw Polsce wojujesz?
— Hm... wojuję, jeżeli można nazwać wojną ochranianie magazynów ze słoniną, grochem i solą... — uśmiechnął się Fedorczuk.
— Dziś jeszcze nie bijesz się z nami, a jutro kążą ci strzelać do Polaków — rzekł Lis.
— Ech, nie! Ja sobie wykombinowałem służbę w eszalonach intendentury i posuwam się wolno, zdala od bitwy — mruknął piegowaty porucznik. — Od jednego eszalonu do drugiego i tak do skutku...