Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zderzywszy się z piechotą, powstańcy rąbać zaczęli, a księżyna, widząc znojną pracę Litwinów, pomyślał chwilkę i mruknął:
— I to na korzyść pójdzie, jeśli którego z konia zsadzę...
Tak do siebie powiedziawszy, krzyż do zanadrza sutanny schował, guziki włosiane zapiął, pasa podciągnął i zerknął na wszystkie strony.
Wzrok swój zatrzymał na tęgim żołnierzu, wykrzykującym coś i wymachującym kolbą karabinu, bo właśnie odbijał się od napadającego zboku powstańca.
Ksiądz pchnął konia ku moskalowi, a, gdy się ten zamachnął, ztyłu wyrwał mu karabin.
Trzymając go w mocnych rękach, ksiądz kropił nim na prawo i na lewo. Nie bił po głowach, aby krwi nie przelewać, lecz grzmocił po grzbietach i bokach aż huczało.
Moskale cofnęli się szybko, a za ich przykładem poszli powstańcy, bo drogą wileńską mknęło kilka secin kozaków i lekka baterja.
Gdy oddział już się zanurzył w lasku, uchodząc dobrym kłusem, zdaleka nadleciał granat i rozprysnął się z hukiem.
Trzech ludzi odrazu spadło z koni.
Byli to stary szlachcic Żyliński z Postaw, pan Roman Dąbski i ksiądz kapelan Moczulski.
Przywieziono wszystkich do obozu.
Żyliński i Dąbski w drodze ducha wyzionęli, a ksiądz zażądał, aby mu przyniesiono monstrancję z hostją świętą.