Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— W to nami graj! — zawołał uradowany Lis. — Teraz pohulamy z Chrapowickim, Chiłkowym, Szirmanem! Musimy ten dzień radosny czemś doniosłem odznaczyć.
— Uczyńmy napad na Wilno! — zaproponował Truszkowski.
— Jakbyś mi myśl tę z gęby wyjął! — krzyknął Lis.
— No, to i dobra! — zgodził się towarzysz.
Pobiegli obaj do oddziału, aby natychmiast poczynić niezbędne przygotowania.
W nocy powstańcy zbliżyli się do Wilna.
Przeczuwał coś niedobrego Chrapowicki, bo też już wiedział o zbliżeniu się wojsk polskich ku granicy Litwy, więc miał się na ostrożności.
Zupełnie tego nie oczekując Lis, idący w straży przedniej, natrafił na dwa bataljony gwardji cesarzewicza Konstantego i, straciwszy sporo ludzi, jął się odstrzeliwać, czekając na nadciągającego przyjaciela.
Wkrótce razem rozpoczęli atak.
Zuchwały był to czyn, a tak niespodziewany, że Moskale zdumieli się i cofnęli na drugą linję.
Powstańcy, rozpędziwszy konie, mknęli w sprawnej szarży.
Przed szeregami, unoszony przez niesfornego konia, pędził ksiądz Moczulski z krzyżem w ręku, wołając wielkim głosem:
— Naprzód! W imię Boże!