Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Trzymając ją w drżących, słabnących rękach, spowiadał się przed Bogiem i sam dla siebie modlitwę za konających szeptał zacichającym głosem.
Skończywszy i ledwie już poruszając wargami, wyszemrał:
— Odpuść Panie, sługę swego...
Umilknął i znieruchomiał, lecz monstrancję wciąż trzymał, mocno zaciskając ją blademi palcami.
Lis zaniepokojony i smutny pochylił się nad kapłanem.
Raptownie drgnął i szlochać począł głośno, szepnąwszy:
— Nie żyje! Wieczne odpocznienie racz dać mu, Panie...
Truszkowski i powstańcy uklękli i odmawiać poczęli modlitwę, patrząc na leżącą postać ogromnego, mocarnego księdza, o twarzy promiennej, radosnej i spokojnej.
Usnął bowiem po znoju życia snem wieczystym, a dusza gołębia odleciała w błękit nieba...