Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Koniec końców nic mi się nie stało! Uratowała od śmierci moja narzeczona...
— Tu cię mam, filucie! — zawołał pan Tadeusz, klepiąc przyjaciela po kolanie. — Jakaż to panna ugodziła cię w serce strzałą Kupida?
Lis spojrzał na niego poważnie i głosem uroczystym, wzruszonym odparł:
— Siostra twoja szczęściem bezmiernem obdarzyła mnie — bezdomnego sierotę!
Truszkowski wskoczył i porwał Lisa w ramiona.
— Chwałaż Najwyższemu! — zawołał. — Zacne stworzycie stadło, bo poczciwość sama mieszka w was, bracie mój, Władku kochany!
Znowu ściskali się ze łzami w oczach, czując w sercu wdzięczność dla Boga, który kieruje losami i życiem ludzi.
Wierzyli przytem, że włos im z głowy nie spadnie, bo korzyli się obaj przed Twórcą wszechrzeczy i w Nim niewzruszoną pokładali nadzieję.
Już następnego dnia rozpoczęli partyzantkę. Oddział mieli spory, bo trzystu pięćdziesięciu ludzi liczący, a zaopatrzony w amunicję, prowjanty, paszę, a nawet w ambulansik, gdzie obowiązki sprawował młody, mocny, jak dąb, księżyna — Piotr Moczulski. Chodził on przed laty na medycynę w Wilnie, lecz nagle poczuł w sobie powołanie kapłańskie i machnął do seminarjum.
Był to człek do wszystkiego, silny, jak niedźwiedź, a łagodny, jak gołąb. Umiał pocieszać słowem kapłań-