Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


retami i łozinami, ukrywającemi od oczu jezioro Świrskie.
Chociaż porucznik słyszał, że właśnie tutaj Truszkowski od kilku dni miał swój obóz, jednak czujny i ostrożny oficer wysłał naprzód mały patrol na zwiady.
Podjazd powrócił galopem, a na czele jego pędził sam Truszkowski, witając Lisa radosnemi okrzykami.
Długo stali młodzi ludzie, złączeni gorącym uściskiem, i mówili obaj jednocześnie, bez ładu, śpiesząc się i przeskakując od jednego opowiadania do drugiego, jakgdyby tylko chwilę czasu mieli przed sobą, aby wypowiedzieć sobie wszystko, co przepełniało im serca i duszę.
Później, już w obozie nad Świrem przegadali jeszcze całą noc, siedząc przy ognisku.
Lis opowiadał o bitwach, w których brał udział, o Chłopickim — wspaniałym żołnierzu, o Łubieńskim, którego znienawidził i odgrażał się, że po wojnie pozwie go na ubitą ziemię, o płomiennym Prądzyńskim, o dziarskim Kickim i o tem wszystkiem, o czem gadają i myślą w Warszawie i Sieradzu.
— Byłeś u Kobierzyckich, widziałeś siostrę i matczysko najdroższe? — zawołał uradowany Truszkowski.
— Dwa tygodnie tam spędziłem, jak w raju, chociaż niewiele brakowało, żebym kopytek tam nie wyciągnął... — odparł Lis, i, westchnąwszy, opowiedział o przygodzie swej pod Łaskiem.
Zakończył opowieść temi słowami: