Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Prądzyński, obejrzawszy się, spostrzegł Lisa i krzyknął do niego:
— Prowadź tu jazdę Łubieńskiego! Znajdziesz generała pomiędzy Olszyną a drogą bitą! Bierz mego konia i ruszaj, ile tchu starczy!
Lis, niepomny na ból w nodze i słabość, wskoczył na siodło i popędził poprzez Olszynę.
We wskazanem miejscu nie znalazł jednak generała Łubieńskiego.
Jazda, oddawszy niemal połowę swoich szwadronów na posiłki dywizjom, znajdującym się w ogniu, pozostała na dawnem miejscu.
Wysłuchawszy rozkazu Chłopickiego, Łubieński odparł niechętnym głosem:
— Pan Chłopicki jest dobrym generałem piechoty, lecz nie wie, kiedy należy używać jazdy. Jestem pod rozkazami księcia Radziwiłła...
— Skoczę po rozkaz naczelnego wodza! — krzyknął Lis, blednąc jeszcze bardziej. — Tam za olszyną szaleje piekło, przez które zwycięsko idziemy... Posiłków, posiłków potrzeba, na mękę Chrystusa, panie generale!
— Do szeregów, do szeregów, poruczniku! — huknął Łubieński. — Nie twoja głowa rządzi w tej bitwie... Niech wódz naczelny ściągnie posiłki od Krukowieckiego, który stoi bezczynnie... Do szeregów!
Podpułkownik Ździechowski trącił Lisa koniem i szepnął:
— Milcz i jedź do swego pułku...