Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lis — blady i zrozpaczony — obejrzał się błędnym wzrokiem.
— Panie generale! — rzekł urywanym, złowrogim głosem. — Zostałem ranny tuż przy generale Chłopickim... Na tę krew moją, błagam!...
— Do szeregu! — powtórzył Łubieński i mocniej zacisnął szpicrutę w ręku.
— Na świadków biorę panów! — zawołał Lis. — Na świadków, żem rozkaz wodza generałowi Łubieńskiemu powtórzył...
Lis ruszył konia i odjechał ponury, pochylony nad kulbaką.
Wszyscy widzieli, że za nim w ślad biegł długi, szkarłatny różaniec, którego każde ziarnko było kroplą gorącej krwi, kapiącej na śnieg...
Oficerowie, patrząc na Lisa, zdumieli się.
Młody porucznik jechał powoli z opuszczoną głową.
Minął w milczeniu wszystkie pułki jazdy Łubieńskiego i konia zwrócił w stronę słupa żelaznego, gdzie stał naczelny wódz z adjutantami.
Lis zatrzymał się przed księciem Radziwiłłem i wyprostowany na siodle składał raport.
Po krótkiej rozmowie zakręcił koniem, podjechał do grupy pułkownika Kickiego i znowu meldował.
Wkrótce zniknął z oczu, zamieszawszy się w szeregach ułanów brygady ochotniczej.
— Pułkownik Zamojski po bitwie sporządzi raport o oddanie tego zuchwalca pod sąd! — warknął Łubieński.