Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nagle ze skowytem i wyciem nadleciał granat, kreśląc smugą białego dymu jakieś magiczne, tajemnicze znaki w powietrzu, upadł, syknął, zakręcił się i rzygnął ogniem, żelazem, dymem i śmiercią.
Jak gromem rażony runął koń generała... Padło trzech grenadjerów...
A później już z ziemi, podnosząc się na łokciu, Lis, nagle osłabły i bezwładny, zobaczył, że adjutanci podtrzymują słaniającego się generała i krzyczą przeciągle, trwożnie:
— Generał ranny! Generał ranny! Nosze czemprędzej...
Lis jął powtarzać za nimi jękliwie:
— Generał ranny!
Z trudem podniósł się, utykając na lewą nogę. Spojrzał na nią w przelocie. Cała skrwawiona była, a z buta krew chlustała. Odłamek czerepu utkwił mu w udzie...
Jednak podbiegł do generała, ktorego już składano na noszach, z karabinów naprędce związanych.
Chłopicki, blady, lecz spokojny, mówił przez zęby.
— Ach, czemuż mnie ta kula nie zabiła?! Kto was teraz poprowadzi?!
Po chwili jednak ogarniał wzrokiem pole bitwy, która miała na wieczne czasy utrwalić zwycięstwo jego, uwieńczyć sławą.
— Na miły Bóg! — zawołał. — Niech jazda idzie w ogień! Posłać rozkaz do Łubieńskiego! Natychmiast! Natychmiast, bo każda chwila, jak życie, droga!...