Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie wiedzieli grenadjerzy i ułani, że wódz zachęcał już do boju pułki Szembeka i do linji ognia sam je podprowadzał, że całym pędem konia dopadł wreszcie Radziwiłła, meldował o ogólnym stanie bitwy i jej planie, żądał natychmiastowego przybycia dywizji generała Krukowieckiego.
Popędził Chłopicki dalej, posłał adjutanta do Łubieńskiego z rozkazem, aby podciągnął do Olszyny i stał pod ręką na pierwsze zawołanie. Wódz na chwilę jedną zatrzymał się i wysłuchał raportu o tem, że Skrzynecki szamotał się już był z ostatniemi rezerwami Moskali, ścigając cofające się bataljony.
Lecz pilno było generałowi powrócić do swoich, których zostawił na prawym odcinku lasku olszynonowego, aby nowe pułki grenadjerów oraz dwa pułki z rezerwy Żymirskiego w środek pomiędzy wojska Pahlena i Rosena klinem rzucić do ataku.
Stanął przed grenadjerami — wyniosły, mężny i spokojny, jak wódz zwycięski, i wśród okrzyków radosnych poprowadził, wołając donośnie:
— Widzicie tę baterję, co praży pomiędzy dwiema drogami. Musimy zdobyć ją, wtedy zwycięstwo przy nas! Naprzód!
Spiął konia ostrogami i poprowadził wiarę, porwaną jego słowami.
Generał przejeżdżał tuż od prawego boku znojnie pracujących ułanów. Lis widział wspaniałą, promienną twarz Chłopickiego, widział szary surdut jego, podziurawiony kulami, i szmat skóry, oddartej od cholewy buta.