Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Grenadjerzy wyrąbali szeroką lukę w ciżbie nieprzyjaciół i już parli na stojące za nimi baterje.
— Od skrzydła, od skrzydła, ułani! — rozległa się nowa komenda.
Lis odpowiedział na nią krzykiem przerażenia.
Ujrzał bowiem dzielnego rotmistrza Wieleżyńskiego, który ugodzony bagnetem, zatoczył się i padł.
Trwało to jedno mgnienie oka, bo wnet nad poległym zakotłowało się nanowo. Pałasze dzwoniły po lufach karabinów, darły się wściekłe, zdyszane gardziele, tupały nogi, grzęznące w topniejącym od gorącej krwi śniegu, rwały się słowa przekleństw, modlitwy, pieśni i jęki tratowanych ludzi.
— Trzeci szwadron! — ryknął Lis. — Zwrot na prawo! Do dział!
Ułani natarli z nową siłą, zmietli jakiś bataljon, usiłujący zastąpić im drogę, rozproszyli go i już uwijali się koło armat, zawracając je paszczami w stronę pozycyj moskiewskich i w pień wycinając kanonierów.
Nowe nadbiegły bataljony, rzucone przez Neuhardta i samego Dybicza, nowe salwy, huragan krzyków, nowa zwara bitewna.
Zginęło poczucie czasu, pierzchnął strach i myśl o niebezpieczeństwie, ludzie stali się maszynami, nie znającemi znużenia i litości. Jak rozpędzone, warczące koła zębate, ludzie porywali ludzi i ze zgrzytem i świstem kruszyli, łamali, w proch ścierali.
Nie zauważył Lis, a może i nikt inny w walczących szeregach polskich, iż Chłopicki już odjechał.