Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i najodważniejszego, który zmusił wojsko zapomnieć o śmierci, koszącej ludzi, a do serc rzucił wielkie ukojenie i żagiew zapału.
Porucznik na czele swego szwadronu podbijał pałaszem bagnety Moskali, płatał im głowy, odwalał ramiona z wzniesionemi do ciosu kolbami, obalał ludzi uderzeniem pięści, która, jak taran, druzgotała kości.
Jakiś pułkownik, o twarzy wymęczonej, bladej zmierzył do niego z pistoletu.
Wystrzelić jednak nie zdążył, bo Lis porwał go, podniósł wysoko i gruchnął głową o kamień.
— Tam! Tam! — przeszywał zgiełk bitwy stalowy głos Chłopickiego.
— Naprzód! Naprzód! — powtarzał rozkaz Prądzyński, błyskając szpadą.
Wiara, jak kosiarze wprawni, wcinała się coraz głębiej w gąszcz nieprzyjacielskich szeregów. Już rozpłatali Polacy na dwoje olbrzymi skotłowany kadłub moskiewskich bataljonów, już odpadać od niego zaczęły, niby drzazgi i szczapy, ogarnięte popłochem i przerażeniem kompanje i plutony, a ten głos metalowy, niby niepokojące, drażniące zawodzenie trąbki bojowej, grającej do ataku, rozkazywał:
— Tam! Tam! Naprzód!
Grenadjerzy i ułani odpowiadali mu pieśnią prawie wesołą do zuchwalstwa.
— Jeszcze Polska nie zginęła!...
— Zwyciężymy, dzieci! — wtórował im pewny siebie, uduchowiony głos wodza. — Naprzód!